Microsoft wypuścił xclouda….

Microsoft wypuścił xclouda. #nintendoswitch nagle nie ma czym już się bronić.

pokaż spoiler zaraz ktoś powie „ale zelda, ale mario” ( ͡º ͜ʖ͡º)

#ps4 to już zupelnie w lesie jest.

Microsoft ma wszystko. Change my mind.
Granie w chmurze, najlepsze biblioteki z game pass, najwygodniejsze pady, a zaraz wchodzi najmocniejsze pudło.
Brońcie swojej konsoli peesowcy, wyzywam Was xD
#xbox #xboxone

pokaż spoiler Tylko przestańcie się ośmieszać z „ekskluziwami” bo to już ani śmieszne, ani żenujące nie jest nawet, to po prostu tragiczne :p

Jaką polecacie strone do…

Jaką polecacie strone do czytania newsów itp. na temat gier, konsol itp? Bo póki co to wchodzę na PPE.pl ale nie mam już sił do tej k*rwy bo newsy tam to patologia #ps4 #xboxone #pcmasterrace

W dwa posiedzenia udało mi…

W dwa posiedzenia udało mi się wymęczyć Devil May Cry V. Dziś często zwykło się pisać, że jeśli coś ci się nie podobało, to widocznie nie jesteś targetem, bo rzecz ta jest stworzona „dla fanów” tego czy owego. Podejrzewam, że podobnie będzie w przypadku Cyberpunka. Jeśli gra Redów nie do końca dostarczy w mainstreamie, to zawsze będzie można powiedzieć, że jest skierowana do miłośników papierowego pierwowzoru. Oczywiście mocno tezę tę naciągam, ale wracając do DMCV…
Uwielbiam slashery pokroju starych God of War. Zawsze odnajdywałem masę frajdy w siekaniu wrogów różnego kalibru i wykańczaniu ich efektownymi finisherami.
Seria Devil May Cry też jest oczywiście slasherem, ale od początku różniła się od zachodnich produkcji z tego gatunku. Skłamałbym mówiąc, że przygody synów Spardy darzę jakimś szczególnym sentymentem. Ograłem trójkę, ograłem czwórkę, ale jednak najbardziej wciągnęło mnie kontrowersyjne DMC: Devil May Cry, być może właśnie dlatego, że mocno odchodziło stylem rozgrywki od typowej japońszczyzny, jaką serwowała główna seria.

Devil May Cry V od początku wyglądało mi jak amalgamat rdzenia serii z domieszką wspomnianego czarnowłosego Dantego. Wrażenia te potwierdziło wypuszczone też w okolicach premiery demko. Gry jednak na premierę nie kupiłem i zawisła na mojej liście produkcji do ogrania. Dziś z ulgą mogę ją odhaczyć.
Dwa posiedzenia przy tej krótkiej grze dość mocno mnie wymęczyły. Jednak moje główne zarzuty co do tej produkcji wydają się być stałym elementem serii, więc akceptuje fakt, iż po prostu nie byłem targetem, w który celowało DMC V. Jednak czy faktycznie tak uparte trwanie przez wiele lat przy tych samych upierdliwych moim zdaniem już dziś schematach to coś, czego chcieli fani? Tego nie wiem.

Punktuję:
– Koszmarne rozdrobnienie struktury gry -> Króciutkie rozdzialiki, na początku filmik, na końcu filmik, przed każdą misją odprawa u Nico, po każdej misji – oceny. Wiem, że jest to w większości produkcji od Capcomu już od wielu lat, ale tak cholernie zaburza mi to….
– Płynność rozgrywki – W zasadzie trudno tu mówić o czymś takim. Wbijamy na arenę – kamera odjeżdża, by pokazać nam najbliższe lokacje. Ujęcie na tworzące się bariery. Zabijamy kilku wrogów. Ujęcie na pękające bariery. Pięć kroków. Filmik. Arena. Kilku przeciwników. Filmik. Koniec misji, czas na cały rytuał przejścia do kolejnej.
– Rozdrobnienie fabuły – Ciągłe przeskoki czasowe, opóźnianie rozwoju głównej osi fabularnej. Niby dzięki temu czegoś tam się dowiadujemy o bohaterach, ale nie jest to jakieś super ciekawe. W dodatku są momenty, gdy kilkoma bohaterami musimy dotrzeć do jednego miejsca i gdy dojdzie już do spotkania w nim całej ekipy, przeskakujemy wstecz, by odbyć drogę kolejnego protagonisty do tego samego momentu.
– Nie mogło zabraknąć klasycznego dla japońskich slasherów motywu, gdzie jeden z bohaterów traci trzy główne moce, a my musimy stoczyć trzy walki z pokonanymi już wcześniej bossami, aby po kolei te moce odzyskać. Japońscy producenci uwielbiają taki recykling.
– Ciągle dostajemy nowy sprzęt, wykupujemy nowe umiejętności, ale w zasadzie zanim zdążymy je sobie przetestować w akcji, to gra daje nam rozdział z innym bohaterem, a potem z kolejnym i tak naprawdę w głównej linii fabularnej niezbyt mamy okazję wypracować sobie jakiś wygodny styl gry.
– Nad polem bitwy strasznie trudno zapanować. Ogromny chaos w walce, trudno w ogóle robić uniki, bo często nic nie widać, a co dopiero próbować wydobyć w tym momencie z pamięci wykupione kilka minut temu combosy. Najskuteczniejszą techniką okazuje się często wciskanie przypadkowych klawiszy, by po chwili ujrzeć ocenę S,
– Niby na mapach są jakieś sekrety, ukryte lokacje itd., ale sposób poruszania się bohatera skutecznie utrudnia jakąkolwiek szeroko zakrojoną eksplorację, bo już po kilku krokach zaczyna bardzo szybko biec.
– Nowy bohater piątki – V – jest moim zdaniem w walce strasznie nieciekawy. Niby fajny pomysł, że fizycznie jest słaby i walczą za niego pomocnicy, ale działałoby to dobrze, gdyby był to po prostu jeden grywalny epizod, a jest to pełnoprawna postać i strasznie trudno wyzbyć się nawyku podchodzenia do wrogów itd. Obserwowanie z daleka jak walczą te jego zwierzęta jest fascynujące jak zbieranie jagód.
– Na ogromny minus lokacje. Przez 70% gry łazimy po lokacji, która nie dość, że cały czas wygląda tak samo, to jeszcze jest strasznie nieczytelna. Trudno określić, gdzie jest przejście, gdzie bariera, gdzie można, a gdzie nie można się dostać. Tragedia. Wcześniej w kółko zwiedzamy jakieś ruiny, też wyglądające ciągle tak samo.
– Pierwsze przejście musimy zaliczyć na podstawowym poziome trudności, który jest banalny. Wystarczy wciskać klawisze. Zero wyzwania. Nie zginąłem ani razu w trakcie całej rozgrywki.

Totalnie nie potrafiłem wczuć się w tę grę. Przez wspomniany brak płynności w narracji i rozgrywce, ciągle byłem wyrywany z gamingowego transu.
Uświadomiłem sobie jednak, że te rzeczy, które interpretuję jako wady, to w dużej mierze stały element serii. Główne skrzypce gra tu przecież system walki. Capcom lubi taką repetytwność, grind i gonienie za ocenami. Gra wydaje się więc być stworzona po to, by ją masterować, by ćwiczyć walkę i zaliczać etapy na najwyższe oceny. Dlatego też bohater porusza się tak, jakby ktoś robił speedrun przez lokacje. W trakcie jednej rozgrywki idzie jedynie liznąć każdej z broni, nie mówiąc nawet o próbie dokładnego opanowania walki nią.
Dlatego też w mojej opinii jest to gra przede wszystkim dla fanów całej serii. Laurka zrobiona trochę od linijki. Niby wprowadzająca jakieś zmiany, ale u podstaw pozostająca tą samą grą co wcześniej.

Dla mnie najlepszym Devil May Cry pozostaje więc nadal DMC z 2013 roku.
#gry #devilmaycry #ps4 #xboxone